Strona:Leo Belmont - Pani Dubarry.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


plikowało się zwłaszcza w tym czasie, kiedy Joanna, nieodwiedzana, nie otrzymująca listów od niepiśmiennej matki zarówno, jak i od piśmiennego opiekuna, popadła w rozpacz, że jest opuszczoną, i wyraziła tę rozpacz w całym szeregu szałów wesela.
Mniejsza o to, że pewnego dnia całe zgromadzenie znalazło się na murze klasztornym w pozycji siedzącej, okrakiem, udając Amazonki; zdarzyło się coś gorszego: za przewodem Joasi wszystkie pannice przelazły do sąsiadującego z klasztorem ogrodu pana de Villefort i znikły naraz w krzakach za murem. Obudzona przez gong obiadowy siostra Izabella przybiegła do przeoryszy z wiadomością o cudzie: „dzieci przepadły“. Przeorysza, jakkolwiek wierzyła w cuda, najmniej gotowa była przypuścić, że zostały uniesione żywcem do nieba.
Na szczęście zjawiły się wszystkie z ustami, wymazanemi sokiem pochłoniętych malin; a każda miała zawieszoną na uszach w kształcie kolczyków parę wisienek, kapturki zaś zostały za murem. Przeorysza zagroziła zamknięciem wszystkich dziewcząt na 24 godziny za to, że „stroją się grzesznie w cudzych ogrodach“, lecz udobruchała się, gdy dziewczynki pokornie złożyły przed nią stos swoich klejnotów z zapewnieniem, iż wszystko to się stało tylko na skutek przypuszczenia, że przełożona klasztoru lubi wiśnie. W istocie lubiła je. Pomysł uniewinniający dała Joanna.