Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


conym ich miłości, zaraz po powrocie z Flandrji — odłożył swój wyjazd do Flandrji na dzień 6. maja, żeby się nią jeszcze nacieszyć — wreszcie przez zaciągnięcie wart przed jej domem upewnił ją, że niebezpieczny szaleniec, który „nie rozumie praw miłości i przywilejów Króla“ niebawem zostanie wysłany pod dobrą opieką, — w każdym razie to jest dzielny człowiek... honorowy! — rzekł wreszcie niespodzianie. I zasługuje na opiekę.
„Mam nadzieję, Najmiłościwszy Królu, że nie każesz go wtrącić do więzienia. To by mnie bolało.“
„I nie wypadałoby — w czasach dzisiejszych, kiedy zaczęła się opinja! Mam nadzieję, że pan de Tournehem na moje życzenie sam się nim zajmie... i dopilnuje go. Chodzi tylko, aby szaleniec był zdaleka... bardzo zdaleka... od Wersalu. Podoba mi się, że szlachetnie wstawiasz się za tym... niewdzięcznikiem, któremu oddałaś najpiękniejsze lata swego życia, zamiast... mnie,“ dodał z uśmiechem. „Co innego,“ mruknął jeszcze, „gdyby się wściekł. Musiałby leczyć się... w Bastylji. Widziałem jego... nieprzyjemne oczy na balu maskowym. Obawiam się, że jestem dla niego za dobry.“
Łzy obeschły już na jej licach. Obdarzona obietnicami tak sowicie, uspokojona, objęła go bielą nagich ramion i rzekła:
„Ależ, Ludwiku, w gruncie rzeczy jest on łagodny, jak baranek... Wyjazd go uleczy z nieprzyzwoitego wybuchu... A naszego związku miłości nie rozerwie nic — ani gorący głupcy, ani zimni mędrcy!“
Nadstawiła mu różowe usta, w które wpił się, szczęśliwy nie tyle jej kochaniem, ile odzyskaną mocą pożądania...