Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Tak jest.“
„Czy to jest człowiek zdolny?“
„Niewątpliwie.“
„Pragnąłbym, aby go pan... wysłał w sprawie rewizji ceł na prowincję... To będzie na granicy? Prawda?“
„Prawda, Sire.“
„Ale czy daleko?“
„To zależy...“
„Wyślij go pan na najdalszą, rozumie Pan?“
„To można, Sire...“
„I na długo... Taka rewizja może trwać dłużej...“
„Może...“
„To niech go pan wyśle na... parę tygodni. I może mu pan podwyższyć gażę... jeżeli pobiera jaką... Moja osobista kasa służyć będzie do dyspozycji pańskiej,“ uśmiechnął się król, figlarnie poglądając zezem na pana de Tournehem.
Ten już zrozumiał.
„O, sire! To zbyteczne. Nie uczynię krzywdy panu d’Étioles. Jego los brałem i biorę zawsze na siebie. To mój jedyny dziedzic.“
„O, to mnie bardzo cieszy. Do widzenia, panie de Tournehem. A! jeszcze coś... U królowej bawi teraz pani de Tencin. Zrobisz mi pan grzeczność, poczekawszy, aż wyjdzie; szepniesz jej, aby tu do mnie przyszła. Niema potrzeby, aby... to inni słyszeli.

W kwadrans potem pani de Tencin otrzymała zlecenie zaproszenia pani d’Étioles na ten-że wieczór do loży w teatrze komedji de l’arte w Wersalu — loży znajdującej się tuż przy scenie nawprost okratowanej loży króla. Ludwik XV. przed ostatecznym krokiem

63