Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„W jaki sposób?... Skradać się po nocach to fatygujące i ubliża majestatowi. Wszakże mojem zajęciem jest panować. Jakże pokażę w świetle dnia... pannę Poisson? To sprzeciwia się porządkowi natury... Wersalskiej i może... woli Opatrzności!“ wycedził, ukazując zęby w uśmiechu pięknie skrojonych, nieco szyderczych ust. To byłby bunt!“
„A pamiętasz, Najjaśniejszy Panie, że wyraziłeś się kiedyś: „Gdybym był na miejscu moich poddanych, zbuntowałbym się!“
„Tak jest! Ale jestem tylko królem... na mojem miejscu.“
I dodał: A propos... Ta mała posiada ojca, skazanego na powieszenie.“
„Jeszcze nie powieszonego. To się daje odrobić. Zrewiduje się sprawę — i można mu dać przyzwoity tytuł.“
„Jednak co powie królowa?... Jakże ją przedstawię u dworu? Nie! nie! To jest niemożliwe. Ale czemu pani tak uparłaś się przy tej pani d’Étioles?“
„Bo ona posiada czar, zmieniony w energję i może być dla chorego na nudę monarchy źródłem nowego życia.“
„Czy król może pić soki żywotne... z nizin?“
„Jeżeli może pić uciechy?“
„Ach! To przypadek... nie prawo królewskie. Nie można mieszać potrzeb fizjologicznych z potrzebami dynastycznemi rodu Burbonów. Nie nalegaj Pani... na niemożliwości! Toćże parlament paryski uchylił nawet testament Ludwika XIV, a przecie mój pradziad udzielił nim praw potomkom swojej krwi... acz naturalnym. I wypadło protest uznać!“

56