Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


fuszerzy... którzy doradzą mi puszczenie krwi, cięte bańki, serengę i proszki... fe!“
„Wiel—ka mi—łość!“ rzekła mocno akcentując oba wyrazy.
„Ba! ba! skąd ją wziąć?... Nie robi się jej dowolnie...
Przez myśl jego przemknęły obrazy hrabiny de Vintimille, księżnej Lauraguais, markizy de la Tournelle, księżnej de Châteauroux.
„Czy kobiety dworu mogą kochać człowieka, spotykając króla?... I czy król, który może każdej chwili zmienić przedmiot pożądania, potrafi zamknąć się w łańcuchu stałości?... Są miłostki — niema miłości...“
„To za surowe!“
Podniósł głowę nagłym rzutem. Na twarz jego wybił wyraz niezwykłej boleści.
„Nie! nie! jestem niesprawiedliwy. Biedna pani de Châteauroux umiała mnie kochać... i krzesała ze mnie najlepsze porywy. Ale dlaczegóż umarła?!
Sięgnął ręką do szkatułki japońskiej wyjął z niej list i jął czytać urywki zdań:
„Nie byłbyś królem, gdybyś nie zasługiwał, abyś był kochanym dla własnej wnętrznej istoty...“
„Król winien być pierwszym stróżem mocy, którą innym powierza...“
„O ile piękniejszem jest położenie króla, jeżeli jest otoczony przez szczęśliwych...“
„Gdy proponuję ci, Najjaśniejszy Panie, abyś stanął osobiście na czele armji — nie myślę narażać Twego życia. Ono należy do Państwa — jako życie ojca należy do jego dzieci — winienieś je zachować. Ale musisz być obecnym w wojsku, aby je zagrzać do zwycięstw, zyskać serca żołnierzy. Wybacz mi śmiałość

51