Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oczy jej zabłysły groźnie. Po raz pierwszy zagroziła wyraźnem oddaleniem kogoś z okolicy Wersalu — orężem, tak potężnym w ręku faworyt, skłonnych pieszczotą i intrygą wydobywać pożądane dla siebie rozkazy królewskie...

Pani d’Étioles zrozumiała wagę zakomunikowanego jej poufnie zlecenia. Odtąd nieomal zamknęła się w swoim domu Paryskim. Zamknęła się ze swojem marzeniem. Przytłumiła bicie serca. Wiedziała, że pani Châteauroux jest chora — mówiono, że ma sercowe ataki — oczekiwała cierpliwie jej śmierci, zawsze pełna dziwacznej pewności, którą ją natchnęły wróżby „cyganki“ i plany matki, wychowującej ją na „kąsek królewski“.
Widziała Ludwika XV. zbliska — zamieniła z nim słów kilka. Wydał się jej piękniejszym nad wszystkie opisy zachwyconych bywalców Wersalu, nad wszystkie portrety, przedstawiające prawnuka, dziedziczącego urodę „Króla-Słońca“. Niewątpliwie jej żywa wyobraźnia — na tym zwłaszcza punkcie najgorętsza, rozgrzana marzeniem dzieciństwa o „niedostępnym królu z bajki Wersalskiej“ — jeszcze przesadziła koloryt rzeczywistości. Joanna nie dostrzegała, że na twarzy 34-letniego króla już pojawiły się szpecące jej urok rysy zblazowania, duchowego zmęczenia, prawie ospałości. Rozpieszczony przez kobiety i zbytek próżniaczego dworu zatracał już świetne przyrodzone dary ducha. Zniweczył je tryb życia, etykieta dworska, pustka epoki.
Ale dla pani d’Étioles sen młodości o wybranym kochanku zespolił się z marzeniem dzieciństwa o majestacie królewskim. Najpotężniejszy z monarchów

38