Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jechał konno Ludwik XV., pomiędzy myśliwych, psy konie, faetony, zajęte przez damy, towarzyszące królowi. Mógł to być przypadek, albowiem konie pięknej pani, jakoby wydarłszy się powstrzymującym je cuglom pognały od szosy w sam środek świty; ale mógł być w tem i rozmysł, spowodowany nakazem właścicielki powozu, gdyż stangret osadził konie akurat przy królu i tajemnicza dama — zda się, wystraszona okrutnie — miała dość czasu, aby pochylić głowę głęboko przed Ludwikiem, ukazać mu zarumienioną twarz, rzucić czarujący uśmiech i przez białe zęby wycedzić:
„Wybacz, Najjaśniejszy Panie! Jesteś punktem przyciągającym dla wszystkiego, co jest w ruchu.“
Poczem powóz pomknął — urocza twarzyczka odwróciła się jeszcze z niewinnym uśmiechem — i znikła na zakręcie drogi. Ludwik XV. zatrzymał był konia i olśniony zjawiskiem w milczeniu śledził oddalającą się aż do zakrętu.
Pani de Chevreuse, amazonka, znajdująca się w pobliżu, uderzyła konia spicrutą i podjechała ku królowi: „Najjaśniejszy królu! To była pani...“
Położył palec na ustach, dając znak, aby nie kończyła.
„To była czarowna zagadka,“ ozwał się z uśmiechem. „Nie rozwiązujmy jej. Lubię zagadki“.

Tegoż dnia o południu zjawisko powtórzyło się...
Na ten raz król siedział w powozie naprzeciw pani de Chevreuse. Była przerwa w polowaniu. Król był wyrzekł: „Jestem głodny“ — i natychmiast zatrzymano całą kawalkadę, a pani de Chevreuse biorąc od

30