Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Najszczytniejszą ironią, która nie przekroczyła przecie granic bramy klasztornej i kutych drzwi grobowca Markizy, nie obudziła jej — na szczęście — w trumnie, było, że Król po upływie ledwo paru tygodni, uśmiechając się do jakiejś milutkiej sąsiadki podczas uroczystości dworskiej, ozwał się na jej pytanie, czy wspomina często Markizę:
„Właściwie to ja jej nie kochałem... Zatrzymałem ją przy dworze, ponieważ obawiałem się, że sobie życie odbierze... A ja tego nie lubię!“
Skrzywił się figlarnie, jakby wydał wielki sekret swojej motylej duszy. Mówił to z przekonaniem ludzi, zawsze żyjących chwilą i każdą chwilę swego nastroju biorących za dobrą monetę. A tym sposobem całą swoją miłość podarł, jak szmatę — której nicości nie rozumiała rozkochana w nim kobieta, mądra pani de Pompadour... Może w tej chwili zasłużył sobie na ten złośliwy nagrobek, który zmarłemu w roku 1774 Królowi ułożył lud paryski:

Napół zgniły, napół krewki,
Drogę hańby skończył łgarz...
Płaczcie szelmy! płaczcie dziewki!
Umarł Król wasz — ojciec wasz!...

Ale za Króla i za kraj — może imieniem potomności — oddała jej ręka Wielkiego Człowieka hołd ważki — tem mocniej padający na szale sądu historji, że oddawał go jej najzłośliwszy z pisarzy, ten sam, który potrafił być z nią w sporze i dokuczyć jej kapryśnie, a który w głębiach duszy krył żar uczucia, pchającego ludzkość naprzód i wielką powagę myśli filozoficznej. Jakże pocześnie, jak po ludzku, jak prosto, szczerze,