Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XXXV.
Dalsze losy Latude’a.

Ale zawszeć — pozostaje pytanie: czy Markiza de Pompadour nie jest w pełni odpowiedzialną za losy Latude’a? — czy szala jej cierpień okupiła „zgnojenie“ żywcem człowieka? — czy zjawiał się on przynajmniej, jako widmo niepokojące jej sumienie, u smutnego kresu jej dni?... Czy też zgoła nie rozumiała tu żadnej winy własnej, bo tępy i twardy czas zasłonił winy indywidualne, zaspokoił sumienia: — ze spóźnionych sądów historyk czyni tylko wypracowania etyczne dojrzalszej epoki, widzącej dobrze grzechy przeszłe, nie widzącej nigdy własnych.

Godzi się opowiedzieć losy dalsze tego niepospolitego człowieka, który — na wolności — może byłby dźwignią kultury... To co zdziałał w więzieniu, jest cudem...
W lochu nie zaprzestał on myśleć o uwolnieniu. Ucieczka stąd była niemożliwa. Rozmyślał o wynalezieniu usługi, za którą rząd wynagrodziłby go wolnością. Stworzył wyborny projekt udoskonalenia armji. Trzeba było napisać do Króla, lub ministra wojny... Ale czem? — i na czem?!...
Latude żuje bezustannie, ugniata rękami kawałki chleba — tworzy z nich cienkie plastry — wysusza