Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


królewską — na sygnał lekarzy.“ Wówczas padła mu w objęcia z tak gorącem szlochaniem, tak ostatecznie złamana, powtarzająca tylko dwa słowa: „Mój Ludwik!... mój Ludwik!“ że poprostu zdumiał wobec tego wytrwania miłości kobiecej, która przemogła wszystko — urazy zazdrości, powagę myśli o sprawach państwa, trwogę o los własny. Może to był tylko paroksyzm wstrząśniętych nerwów, ale duchowny był ujęty. „A powiadają, że jest oschła!“ myślał, głaszcząc jej włosy, jakby koił rozpłakane dziecko.
Teraz rozpromieniła się przez łzy na jego widok. „Drogi Berni! jest Mu lepiej!“... Ale zaraz opuściła smętnie głowę: „A zemną... wciąż gorzej. Machault zdradza. Nie był u mnie.“
„Nie sądź przedwcześnie. Jest zajęty przy Królu. Przyjdzie z pewnością.“
„Berni, powiedz mi prawdę, czy Król coś mówił o mnie.“
„Nie byłem u Króla. Lekarze zalecili, aby go jaknajmniej niepokojono.“
„Ale musiałeś rozpytywać. Ty mi nie skłamiesz, Berni. Czy ktoś wspomniał Królowi o mnie?“
„Zdaje się... nikt!“
„A, brudasy!... Więc nikt?“
„Owszem, książę Clermont nazwał pani imię. Mówił, że cię odwiedził.“
„Cóż Król?“
„Milczał!“
Ścisnęła rozpaczliwie oburącz głowę.
„Pamiętasz, drogi Berni, że dwa lata temu, gdy głośno szemrano, że trwonię fundusze państwa, że chciwość i miłość zbytku pchnęła mnie na dwór i każe trzymać się kurczowo klamki królewskiej, chciałam