Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Markiza de Pompadour nie otrzymała odeń ani słowa. W ciągu tych dni jedenastu, podczas których następca tronu był wszechwładnym panem, markiza pozostawała zamknięta w swoich komnatach, nieświadoma losu, który jej przeznaczono. Ale groźne milczenie Króla i dworu mówiło jej: „Odprawa!“ a krzyki i groźby tłumu tłoczącego się pod jej oknami dodawały: „Śmierć!“... Nie ważyła się wyjść, rozumiejąc, że spotkają ją uśmiechnięte szyderczo twarze dworaków, bezlitośnie ciekawe oczy zrzucających maski nieprzyjaciół, wypatrujące łez rychłej wygnanki. Markiza płakała — ataki sercowe powtarzały się raz po raz — popadała często w omdlenie. Pani Hausset czuwała nad nią, podczas gdy syn jej szpiegował dla doniesienia markizie, jakie wiatry wieją w apartamentach Króla.
Na szczęście przybyła do niej na wieść o wypadku bawiąca z dala od dworu serdeczna księżna de Brancas, odwiedzali ją współczujący kontroler generalny Saint-Florentin i przyjaciele Rouille i Moras, nie opuścił dzielny druh Berni, dodając jej otuchy.
Odetchnęła z ulgą, kiedy zjawił się wreszcie doktór Quesnay i rzekł: „Uspokoiłem się sam. Więc przychodzę uspokoić panią, Markizo. Niebezpieczeństwo minęło. Gdyby Król nie był tak rozpieszczony, mógłby dziś iść na bal“. Odtąd przybiegał po kilka razy dziennie, aby przynosić jej buletyny.“
„Co mówi Król?“ pytała.
„Kiedy sondowałem ranę i rzekłem mu, że nie jest głęboka, odparł: ,Jest głębsza, niż sądzą medycy — sięga do serca‘.“
„Ach, tak — to cios! Zamach poddanego na monarchę!“