Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W trzy godziny potem wpadł do niej, odsunąwszy chcącego go zameldować lokaja. Upadł na fotel, ledwo dysząc.
„Co się stało?“ spytała. „Diderot odmówił.“
„Gdzie tam!... Przyjął!... To głupstwo. Tu nie o Diderot’a chodzi.“
Ocierał chustką spocone czoło. Czekała, patrząc w jego przerażone oczy.
„Komendant Bastylji nie śmiał przyjść do pani... Jest zgubiony... Latude uciekł!...“
„Jak?... z Bastylji... uciekł?!“
„Tak jest... Ukrywano to przez kilka tygodni. Czyniono poszukiwania. Uciekł razem z d’Allegre. Tego już mamy w ręku. Ale Latude znajduje się pod ochroną Jeneralnych Stanów Holandji. Co zrobić?“
„W jaki sposób uciekł?“ nie mogła się nadziwić.
Opowiedział jej przebieg ucieczki na mocy pozostawionych śladów — wyrwanych belek, dziwacznych noży, drabinki usnutej z bielizny.
„To jest cudowny człowiek!“ rzekła.
Po jej twarzy przemknął wyraz zachwytu. Zmrużyła oczy, przypomniawszy oczarowanie jego blond włosów, w których pogrążyła ongi palce, lubując się ich miękkością i barwą. Jeden tylko książę de Gontant miał takie same marzycielsko-figlarne oczy, jak Latude. Może dlatego uległa jego natrętnym zalotom, kiedy pozbawiona już przez całe lata pieszczoty męskiej — odgrodzona murami od sypialni królewskiej — już tylko dama dworu i władczyni Francji, ale ex-miłośnica — dosłyszała w jego pocieszeniach kuszący poszept szczerej miłości. Był to piękny człowiek, dla którego zdradziła raz swoistą dumę: faworyty królewskiej. Pieszcząc jednak jego jasne włosy, miała