Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Bo zbywszy przysiąg, danych u ołtarza,
Rodzi ją w łożu szlacheckiem pachciarza...
Córa miłości zgrabniutko się kładła —
Służąc monarchji — śród dwa prześcieradła!

Odwróciła się ku oknu, aby ukryć gorzkie łzy, które spłynęły po jej twarzy. Więc to napisał ten sam człowiek, który wystawił ją ongi w poemacie pod imieniem „Teony“ i rzekł o niej:
„Istnieją rywale, którzy gotowi byliby rozerwać tę piękność. Ale ona czyni więcej dobrego, niż oni wszyscy i nie wykona najmniejszej niesprawiedliwości z uchybieniem wielkiemu interesowi Państwa, dając Ukochanemu szlachetne rady, otaczające go aureolą sławy!“ Jakiż kaprys strzelił mu do głowy?!
„Markizo!“ szepnął Lebel, stojąc tuż za nią, „pan de Voltaire bawi w Szwajcarji — ale jest dostępny dla nas, gdyż z tęsknoty za ziemią francuską przejeżdża nieraz incognito przez granicę. Można mu przypomneieć ojczyste powietrze... Bastylji.“
Odwróciła się szybko:
„Nie!“
„Dlaczego?“
„Bo to Wolter!“
„Wolno-ż Wolterowi pisać potwarze?“ uśmiechnął się.
„Pan de Voltaire napisał prawdę!“
„Wolno-ż każdemu mówić prawdę?“
„Nie każdemu! Geniuszowi — tak. Bo pisze dla ludzkości i historji, która nas wszystkich sądzić będzie.“
Skłonił się jej nisko i odszedł.