Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po wieczerzy na rozkaz Markizy trzech kamerdynerów przyniosło siedem ciężkich tomów Encyklopedji. Odczytano w głos artykuł o dziejach pudru i różu od czasu strojnictwa Greczynek i Pompejanek aż do kokieterji współczesnych dam dworu Madryckiego, rozprawę o maszynach tkackich, informacje o wyrabianiu prochu.
„Wspaniała książka!“ zawołała markiza. „Tedy wziąłeś pod areszt ten magazyn rzeczy użytecznych, Miłościwy Królu, aby być jedynym uczonym w państwie.“
„Ależ nie!“ zamachał rękoma Ludwik. „Nie mieszam się do tych rzeczy. Podpisałem tylko coś na raporcie pana Lebla o potrzebie rozpowszechnienia zdrowej oświaty we Francji.“
Całe towarzystwo wybuchnęło śmiechem.

Nazajutrz Markiza zawezwała szefa cenzury i inspektora policji tajnej, pana Lebla do Wersalu. Stawił się uśmiechnięty, pełen swobody i ucałował jej obie ręce poufale na powitanie.
„Chciałabym prosić pana o zdjęcie konfiskaty z ,Pierwszej Encyklopedji Francuskiej‘.“
Mówiła mu „proszę“, gdyż ceniła jego władzę i miała z nim wspólne sekrety, sięgające aż do dyskretnego przeglądania przezeń listów, posyłanych specjalnie pod adresem Króla.
„Ależ tam pisze Diderot!“ zauważył.
„Jest zawsze w biedzie?“
„Zawsze!“
„Pójdziesz pan do niego, powiesz, że jestem zachwycona jego Encyklopedją, ofiarujesz mu przyzwoitą sumę (rozporządzaj kasą mą według uznania)