Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— zwłaszcza innemi, niż ujrzał ją Latude. Zresztą pani de Pompadour, chwilowo dręczona chorobą i zgnębiona troskami osobistemi i politycznemi — już rozpętały się burze siedmioletniej wojny — była zmieniona fizycznie. Tedy d’Allegre malował Latude’owi „pożółkłą, starzejącą się twarz pani Pompadour“ — „ciemne plamy pod oczyma“ — „postać, kurczącą się w powozie pod jego karzącym wzrokiem“ — „wyglądającą z osłupiałych źrenic głupotę“... Albowiem, jak mówił d’Allegre, głupia jest każda istota, która nie posiada ideału moralnego, nie wygląda poza doczesność, czepia się błota ziemi i szerzy taką sromotę, jak ta... Pompadour!
Latude przejmował się poglądami d’Allegra, niby najświeższemi i najprawdziwszemi wieściami, które los przez ścianę przynosił do jego celi. Maczał potem zaciekle pióro w kałamarzu i w tej myśli, że książki Bastylji przedostaną się do rąk innych więźniów bez sprawdzenia przez leniwą kontrolę dodatkowej treści, zapisywał marginesy epigramatami i „kontrmadrygałami“ — jak to nazywał — na cześć pani de Pompadour. Brzmiały te wiersze, jedną treść przerabiające na sto tonów, czasem misterne w formie, mniej więcej tak:

„Wszelkiego zła przyczyna:
Przygłupia konkubina
I zwiędła czarownica,
Najstarsza z djabla cór —
Monarchę wciąż zachwyca!...
Kto taki?... Pompadour!“