Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chwalca d’Allegre, posłała doń żandarmów — a sama udała się do spowiednika.
Było to w stylu czasu.

Tegoż wieczora d’Allegre znalazł się w Bastylji.

Latude siedział tu ponownie. Są uczucia, których nie wyda żaden opis. Niepodobna opisać przeżyć duchowych Latude’a po ponownem znalezieniu się w celi. Bił się teraz znowu pięściami po głowie, zataczał się w ciasnocie murów, nieustannie chodził tu i tam, niby uwięziony w klatce lew pustyni, śmiał się na cały głos ze siebie i lżył się od „idjotów“. Bo przecie załamał się poraź drugi, poraź drugi uczynił okrutne głupstwo. Wiara w dobroć możnych wtrąciła go znów w niewolę. Nie wątpił, że przyczyną jego ponownej zguby była ta „czarownica“, jak teraz w myśli odmienił nazwę „czarodziejki“, nadaną we wrażeniu pierwszego spotkania pani de Pompadour.
Podobnie, jak w chemicznych procesach atomy pewnego ciała, rozwiązując się, ustępują miejsca innym, chciwie wchłanianym z otoczą — tamte ulatniają się, te twardnieją w nowym związku, tak samo w duszę jego, zda się, na miejsce każdego atomu uwielbienia ^dla Markizy, chwilowych oczarowań, — wchodziły atomy oburzenia, twardniejąc w klątwę nienawiści.
Przyniosło mu ulgę w boleści prawo posiadania atramentu, pióra, papieru i książek. Nie wiedział, że zawdzięcza je specjalnemu nakazowi łaski pani de Pompadour. Ale gdyby wiedział o tem, czyliż mógł być jej wdzięcznym? Była dlań kątem, jakkolwiek zdawał sobie sprawę, że uzbroił ją przeciw sobie swoją nie-