Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mnie — choć czynię wszystko, co mogę, aby stać się mu miłą i pożyteczną — jutro pozbawiona tarczy miłości królewskiej i strącona ze szczytu władzy będę dlań przedmiotem pośmiewiska... ten lud gotów będzie rozszarpać mnie — drżę przed jego pomstą! Stanę się ofiarnym kozłem wszystkich błędów monarchji. Lud nie sądzi, ale osądza. A ci, którym moc moja zamyka dziś potwarcze usta strachem Bastylji, jutro przemówią i rozżegną nienawiść ludu — przedewszystkiem przeciw mnie. I ty się pytasz, o co mi chodzi?!“
„Rozumiem!“
„Ale to nie tylko to... Nie ambicja — nie bojaźń o życie — każą mi czepiać się tej z takim trudem zdobytej władzy — urzeczywistnionego snu dzieciństwa... Nie o to chodzi, że moje rozpryśnięte marzenie — to już nicość zupełna przed śmiercią jeszcze... Ale wierzaj mi, droga księżno — że mi żal tych stu rozpoczętych, niedokończonych jeszcze prac dla dobra Francji... Pomyśl tylko o dźwigniętym przezemnie przemyśle porcelanowym!... Kto pchnął w ruch zakłady w Menney, Volleroy, Chantilly? Kto pomyślał przedemną, że narodowa porcelana Servska przeciwstawia się zwycięsko saskiej? Kto wypieścił Sèvres? — wszkaże byłam kupującą i sprzedawczynią, aby nauczyć Francuzów szacunku dla własnego przemysłu!... A czym nie rzuciła idei Szkoły Wojskowej — czy całego dochodu rocznego, acz zarzucają mi chciwość 1 rozrzutność, nie poświęciłem na ten cel dla dobra armji francuskiej? Kto, jeżeli nie ja, wbrew głupocie cenzury, wbrew gniewom fanatyków i świętoszków, popiera piśmiennictwo, pielęgnuje wolnomyślną Francję, rozdzierającą okowy przesądów?... I wszyst-