Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się bezradną wobec boleści, której przyczyn markiza nie chciała jej powierzyć. Księżna, uspokoiwszy markizę kroplami walerjany, wydobyła z niej nareszcie okrutną tajemnicę. Oto dnia poprzedniego Król opuścił łoże faworyty, uskarżając się na gorąco i przełożył spędzenie połowy nocy w niedogodnej pozycji na kanapie ponad blizkość z nią.
Markiza zalewała się łzami:
„Rozumiesz?! Gorąco — to pozór! Powodem właściwym jest chłód! Obrzydłam mu — stałam się wstrętna... Rychło wyszczują mnie z Wersalu. Co robić?! co robić?! — radź moja droga. Dziś czy jutro narają mu nową faworytę — on zawsze jeszcze jest młody! — a ja dostanę odprawę!“
Doświadczona, starsza o lat dziesięć od niej księżna de Brancas zamyśliła się głęboko. W reszcie rzekła:
„Żanetto! Wejrzyj w siebie z całą powagą i odpowiedz mi szczerze: czy chodzi ci głównie o miłość Ludwika?...“
„Nie rozumiem: chodzi o wszystko! Wejść na szczyt i zejść na dno... to okropne! Być wczoraj jawną faworytą, jutro odrzuconą jawnie — to znaczy ujrzeć miast schylonych, choćby przymusem (może najwięcej przymusem), głów hołdowniczych ziejące śliną pyski. Widzisz! — patrzę na rzeczy chłodno... Nie chodzi mi o przepych — o bogactwo — Ludwik nie zostawi mnie w nędzy — ale wiesz dobrze!... z pewnemi wyjątkami, do których ty należysz, arystokracja skrycie mną gardzi, jako parweniuszką, jutro wyszydzi mnie jawnie, gdy będę zdegradowaną. Lud... ach! ten lud, który zawsze szuka winowajcy swojej niedoli na szczytach — znajduje go łatwiej w doradczyni Króla, niż w dziedzicznym monarsze. Ten lud nienawidzi