Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


władania dobra rodziny d’Étioles w Lens, w dniu zawarcia ślubu — połowę majątku opiekuna mężowskiego i po najdłuższem jego życiu pozostałość skarbów rodzinnych de Tournehem’ow, na mocy gotowego w tym sensie testamentu, jako wyposażenie obojga małżonków.
Nie dziw tedy, że dzieci uważały się za „narzeczonych“. Joasia traktowała ten tytuł bez dumy, nawet z dziecinną drwiną, upatrując w nim raczej powód do pomiatania swoim małym towarzyszem zabawy, niż do uciechy, bo mianowała go „brzydalem“ i „niezgrabiaszem“. Natomiast chłopiec przejął się mocno swoją rangą „narzeczeńską“ — w jego dziecinnem sercu kiełkowała nieświadomie przedwczesna miłość dla dziewięcioletniej dzieweczki, tak dobrze wchodzącej w rolę kobiety — i pełen milczącej pokory gotów był spełniać wszystkie kapryśne rozkazy „prześlicznej Żanetki“, jego „przyszłej małżonki, pani d’Étioles“, jak podkreślał to z dumą przy każdem z nią spotkaniu.
W tej chwili wracał z baliku dziecinnego, urządzonego przez starą panią de Luynes, gdzie się znudził, ponieważ śród zaproszonych nie było Joasi — co uważał za wielką niesprawiedliwość. Nie czekał końca uroczystości, mimo zapowiedzi fajerwerków i zażądał od lokaja, aby odprowadzono go do opiekuna, którego słusznie spodziewał się znaleść w domu pani Poisson. Tutaj, ledwo stanął w progach salonu, jął oglądać się za Joasią i odszukał ją niebawem ukrytą w kącie pokoju. Padała na nią przez wysoko umieszczone okno czerwień zachodzącego słońca, przeobrażając ją dlań w zaczarowaną księżniczkę z bajki.
„Widzisz! Już jestem. Nie czekałem końca balu!“ rzekł, zbliżając się do niej z kawalerskim ukłonem.

12