Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„To dla ciebie!“
Odsunął z dumnym gestem złoto i rzekł:
„Jestem ubogi... to prawda... ale nie upadłem tak nisko. Ta nagroda nie jest godną ani mnie, ani... markizy de Pompadour!“
Ogarnęło ją zdumienie. Była w niem cześć i sympatja dla bezinteresownego młodzieńca.
„A to ma znaczyć?“ spytała.
„Że życie markizy de Pompadour nie ceni się na sztuki złota i ten, kto je ratuje, nie czyni tego dla grosza... i nawet nie dla niej — lecz dla Francji i ludzkości!“ Ponownie pochylił się i ucałował skraj jej szaty, a potem chciwie wpił się ustami w jej rękę.
Była zmieszana nagłością tego hołdu i jego entuzjazmem.
„Co robisz?“ spytała.
Popatrzył, klęcząc, w jej oczy i rzekł:
„Biorę zadatek mojej nagrody.“
„Jakiej?“ spytała cicho.
Coś w niej drgnęło. Mimowoli uczyniła w myśli zestawienie: „Ten jest gorący... młody... nie wysechł z nadużyć... jak tamten. Jest piękny... i wart miłości, która rozprasza się dla... niewdzięcznych.“
Latude patrzył na nią z zachwytem szczerym. Jeżeli grał komedję, to był nią porwany — zatracił już świadomość granicy pomiędzy rzeczywistością a udawaniem. Może wyobraźnia dyktowała mu, że jest naprawdę zbawcą markizy od grożących jej niebezpieczeństw. Milczał oczarowany.
„Jakiej?“ powtórzyła.