Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Markiza de Pompadour, kiedy znużył ją zgiełk Wersalu, gdzie otoczyła się etykietą, godną dworu królowej, lubiła niekiedy wypoczywać w tem ustroniu, a właściwie nie tyle wypoczywać — gdyż nigdy nie zażywała wytchnienia naprawdę — ile obmyślać w cichości nowe plany polityczne, lub wykonywać prace artystyczne, gdyż jak wiemy, zajmowała się malarstwem i trudną sztuką rytowniczą. Tu, pragnąc się skupić, była niedostępniejsza jeszcze dla ludzi mocą nakazu, wydanego służbie i wartom, niż na zamku Wersalskim.
Tym razem jednak przygnała ją tutaj — i oczywiście samą, nie w towarzystwie króla — osobliwa przyczyna: chęć ukojenia bólu, który jej sprawił, zresztą nie po raz pierwszy, jej ukochany Ludwik.
Pierwsze upojenia miłości Króla, gdy oczarowany przez nią był nad wyraz wylewny i czuły, wprost z trudem rozstawał się z nią na godzinę, lub dwie, niemal nie widział innych kobiet, niechętnie zezwalał odrywać się od niej nawet przez obowiązki pozycji monarszej, nie dopuszczał do swoich uszu złośliwych podszeptów o markizie i gotów był czynić wszystko, czego chciała — przeszły dość rychło. Faworyta zrozumiała, że — jakkolwiek Król zawsze ulega jej urokom — to przecie musi codzień zdobywać jego serce na nowo, stać czujnie na warcie między nim a jego Nudą, lub nową pokusą, oczarowywać go proteuszową zmiennością. Stąd owa konieczność ukazywania mu się w coraz to innej postaci — mus nieustannej gry w życiu, niby na deskach teatralnych, obmyślania nowych kostjumów, w czem okazała smak i pomysłowość nielada: to jawiła się przed nim w sukniach sułtanki, jak ją wymalował Van Loo, to przybierała strój sielan-