Strona:Leo Belmont - Królewska miłośnica.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ten d‘Aiguillon przychodził już raz do mnie, aby mnie kupić. Imieniem pani Dubarry zapytywał mnie, czy pozwolę zrobić sobie dar z kolczyków wartości 200000 liwrów, które metresa Twego dziada chciała zakupić dla mnie od hrabiny de Noailles. Wiesz, co odpowiedziałam?
— Wiem. Źe masz swoje brylanty. Tak jest, ale to stara historja. Pytam cię, co mam odpowiedzieć d‘Aiguillonowi?
— To samo, co ja wówczas.
Więcej nie rzeczono słowa. Rezultatem tej rozmowy był list, obwieszczający pani Dubarry „dymisję“ i nakaz udania się na stały pobyt w klasztorze. Jakkolwiek gorzka pigułka została jej podana w malinowym soku grzeczności de Lavrillère‘a, był to dla niej cios okrutny, niespodziany. Wyraziła gniew w klątwie, której styl przypominał dawne narowy obywatelki z bruku. Nie krępując się, oświadczyła posłowi ministra:
— Obrzydliwe, przeklęte rządy, zaczynające się od gabinetowych rozkazów!
— Czy mam powtórzyć to, co słyszałem?
— Wszystko mi jedno! — wzruszyła ramionami. Traktują mnie, jak nieczystość, którą się usuwa miotłą. Możesz pan powiedzieć swemu królowi, że Majestat Ludwika XIV stał wysoko, chociaż ulicznicy robili nieczystości pod murami Wersalu. Dobra szlachta zwoływała wówczas swoich uliczników, by to samo robili pod murami ich zamku przez uszanowanie dla króla, którego brali sobie za wzór. Wątpię, czy czyściciel dwo-