Strona:Leo Belmont - Królewska miłośnica.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jeden z nich łysnął posępnemi oczyma i rzeki prawie głośno:
— Spójrzcie... Tam książę de Brissac, zacięty arystokrata, który udaje, że cieszy się z narodem...
De Brissac zagryzł wargi. Udał, że nie słyszy.
— Kto jest ten człowiek o tak złych oczach? — spytała pani Dubarry wszechwiedzącego d‘Angremont‘a.
— To weterynarz, Marat, redaktor „Przyjaciela Ludu“, który kryje się przed policją Lafayette‘a; ale dziś nie oparł się pokusie towarzyszenia swojej bogatej i brzydkiej kochance na święto ludu.
Wiatr odchylił welon pani Dubarry. I Marat, który świdrował ją oczyma, zauważył, szczerząc zęby uśmiechem:
— Ależ jary jest ten stary! Wytrzasnął sobie jakąś śliczną szesnastolatkę...
— Pleciesz głupstwa! — rozkrzyczała się kobieta — te przeklęte atystokratki nie starzeją się nigdy dzięki swoim szminkom.
I pociągnęła za sobą obu mężczyzn. Marat jeszcze cmoknął językiem: „Ależ ładna“... Drugi nie raczył się nawet obejrzeć. Dubarry widziała twarz jego tylko z boku. Doznała otrząsu.
— Kto był ten jegomość w błękitnym fraku, w żółtej kamizelce i żółtych spodniach? — spytała d‘Angremont‘a. Zdaje się, szlachcic?
— Szlachcic i adwokat. Należy do partji „Góry“ — ma za sobą trzydzieści głosów, a na-