Strona:Leśny karzełek.djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   4   —

Co rano budził je śpiew leśnego ptactwa i brzęczenie koników polnych. Rozśpiewywał się całemi godzinami słowik artysta, śpiewały wilgi i kosy, pukał w drzewo dzięcioł. Czasami zakukała kukułka, czasem zadzwoniły śpiewem duże dzwońce i rozkrzyczał się las takim świergotem i śpiewem, że i trudno było rozmowę ludzką usłyszeć... Ale nie gniewał się nikt o to, owszem wsłuchiwała się staruszka i jej córka w ten chór ptaszęcy i podziwiały obie te Boże twory i korzyły się przed wielką potęgą tego, co to wszystko stworzył.
Ale staruszka rzadko kiedy była wesołą. Martwiła się i nieraz popłakiwała sobie. Co było tego powodem? Czego brakowało tej miłej, pracowitej kobiecie?
Miała ona oryginalne zmartwienie i oto — córka jej, młodziutka i śliczna dziewczyna tak przepadała za placuszka-