Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ciemna, ujrzano Hoiczi wychodzącego z świątyni, wobec czego służba natychmiast zapaliła swe latarnie i udała się za nim. Noc była dżdżysta i bardzo ciemna; tak, że, zanim służba ze świątyni mogła stanąć na gościńcu, Hoiczi zniknął. Widocznie szedł bardzo szybko — rzecz dziwna, o ile się wzięło pod uwagę jego ślepotę, zwłaszcza, że droga była w bardzo złym stanie. Służący biegali po ulicach, zatrzymując się w każdym domu, który Hoiczi zwykł był odwiedzać, lecz nikt nie mógł im o nim niczego powiedzieć. Wreszcie, wracając do świątyni drogą, idącą brzegiem morskim, zdumieli się nagle, usłyszawszy dźwięki lutni, na które} ktoś grał na cmentarzu Amidadżi. Wyjąwszy kilka błędnych ogników, jakie zwykle pokazywały się tu ciemnemi nocami, wszystko w kierunku cmentarza spowite było w ciemności. Służba, mimo wszystko, pośpieszyła w tę stronę i tu odkryła przy świetle latarń Hoiczi — siedzącego samotnie na deszczu, przed pomnikiem Antoku Tenno, grzmiącego na lutni i opiewającego głośno dzieje bitwy pod Dan-no-ura. Przed nim, za nim i dokoła niego, niby świece, płonęły ogniki umarłych. Nigdy dotychczas oczom śmiertelnych nie pojawiło się takie mnóstwo Oni-bi.
— Hoiczi San! Hoiczi San! — wołali służący — zaczarowano was… Hoiczi San!
Zdawało się jednak, że niewidomy nie słyszy. Z wysiłkiem wydobywał dźwięki ze swej lutni, zmuszając ją do grzmienia i coraz to gwałtowniej śpiewał pieśń bitwy pod Dan-no-ura. Służący złapali go i krzyknęli mu do ucha.
— Hoiczi San! Hoiczi San! wracajcie z nami natychmiast do domu.
Na co on z naganą odpowiedział:
— Przerywać mi w ten sposób, wobec tak dostojnego zebrania, to rzecz, która będzie ukarana.