Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ani dorośli?
— Rozumie się.
— W takim razie — rzekł Tadzio stanowczo, — Maryla jest kłamczuch. I jest gorsza ode mnie, bo ja nie wiedziałem, że to brzydko, a ona wie!
— Tadziu, Maryla nie kłamie nigdy — zawołała Ania z oburzeniem.
— Właśnie, że skłamała. We wtorek powiedziała mi, że jeśli codzień wieczorem nie zmówię pacierza, zdarzy mi się coś okropnego. A ja, żeby się przekonać, co też się stanie, już od tygodnia nie mówię pacierza... I nic się nie stało — zakończył tonem rozczarowania.
Ania omal nie wybuchnęła szalonym śmiechem. Opanowała się jednak, chcąc wobec malca uratować powagę Maryli.
— Jakto, Tadziu — rzekła z naciskiem — przecież zdarzyło ci się coś strasznego dziś właśnie.
Tadzio spojrzał na nią powątpiewająco.
— Pewnie myślisz pójście spać bez kolacji — rzekł pogardliwie, — ale to nie jest straszne. Przecież, że tego nie lubię, lecz od czasu, gdy tu jestem, tyle razy mi się to już zdarzyło, że się przyzwyczaiłem. A wy nic na tem nie oszczędzacie, bo jem dwa razy więcej na śniadanie.
— Nie mam na myśli twego chodzenia spać bez kolacji, ale to, że skłamałeś dzisiaj. A widzisz, Tadziu, skłamać jest dla dziecka najgorszą rzeczą, jaka mu się może przytrafić... prawie najgorszą. A więc Maryla powiedziała ci prawdę.
— Ale ja myślałem, że to będzie jakiś wypadek — protestował Tadzio.
— Maryla nie odpowiada za to, coś ty myślał. Nietylko wypadki, ale i brzydkie postępki bywają straszne!
— A jednak to było okropnie zabawne, kiedyście z Marylą zaglądały do studni — odparł niepoprawny Tadzio.