Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Gdybym miała pieniądze do roztrwonienia — wyrzekła Eliza zgryźliwie — spaliłabym je raczej, ażeby zabawić się widokiem pożerających je płomieni. Na wasze cele nie dałabym ani grosza. To żadne dobrodziejstwo dla naszej osady. Dom Ludowy jest jedynie miejscem spotkań i flirtu młodzieży, która o tej porze dawno już powinna leżeć w łóżkach.
— Ach, Elizo, młodzież musi mieć jakąś rozrywkę — zaprotestowała Katarzyna.
Nie widzę tej konieczności; my nie wałęsałyśmy się po Domach Ludowych, gdyśmy były młode. Świat staje się codzień gorszy.
— Ja sądzę, że codzień lepszy — zaprzeczyła Katarzyna nieśmiało.
Ty sądzisz — głos Elizy wyrażał najgłębszą pogardę — twoje zdanie nie ma wielkiej wartości. Fakt pozostaje faktem.
— Jednak ja wolę patrzeć na jasne strony życia, Elizo.
— Życie nie posiada jasnych stron.
— Ależ niewątpliwie posiada — wykrzyknęła Ania, nie mogąc dłużej słuchać w milczeniu podobnych herezyj. — Świat jest naprawdę piękny, proszę pani, i ma wiele świetlanych stron.
— Gdybyś żyła tyle lat, co ja, nie miałabyś o nim tak wysokiego pojęcia — zauważyła Eliza cierpko — i nie zabierałabyś się z takim zapałem do wprowadzania ulepszeń. Jak się ma twoja matka, Diano? Jakże się zmieniła w ostatnich czasach, jak bardzo postarzała! A wieleż czasu dzieli Marylę od zupełnej utraty wzroku, Aniu?
— Doktór przyrzeka, że pogorszenie nie nastąpi, o ile będzie oszczędzała oczu — wyjąkała Ania.
Eliza potrząsnęła głową.