Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Z uściskiem małego niedźwiadka — dodał pan Irving z uśmiechem, otaczając Jasia ramieniem. — Zaledwie poznałem mego chłopca, tak wyrósł i zmężniał.
— Nie wiem, kto więcej cieszył się ojcem: babunia, czy ja? — prawił dalej Jaś. — Babunia cały dzień dzisiejszy spędza w kuchni, przygotowując ulubione potrawy ojca, bo obawia się, że Marja mu nie dogodzi. Babunia w ten sposób okazuje swą radość, ja zaś wolę siedzieć tutaj i gawędzić z ojcem. Ale teraz odejdę na chwileczkę, bo muszę zapędzić krowy do obory; to jeden z mych codziennych obowiązków.
W nieobecności Jasia pan Irving dalej rozmawiał z Anią o rozmaitych sprawach, lecz Ania czuła, że przez cały czas myślał o czem innem. Wreszcie rzecz się wyjaśniła.
— W ostatnim liście Jaś wspomniał o swych odwiedzinach u ...dawnej mojej znajomej, panny Lewis. Czy znacie się panie dobrze?
— Tak, to moja serdeczna przyjaciółka — brzmiała opanowana odpowiedź Ani, która niczem nie zdradziła nagłego dreszczu, wywołanego tem zapytaniem. „Instynktownie“ poczuła, że oto zbliża się niezwykle poetyczny epizod w jej życiu.
Pan Irving wstał, podszedł do okna i utkwił wzrok w morze, toczące bez przerwy swe spienione fale.
Przez kilka chwil w mrocznym pokoju panowało milczenie. Nagle pan Irving odwrócił się i spojrzał z serdecznym uśmiechem w życzliwą twarzyczkę Ani.
— Radbym wiedzieć, czy pani zna tę sprawę? — zapytał.
— Wiem o wszystkiem — odpowiedziała Ania bez namysłu. — Widzi pan — objaśniała pośpiesznie — panna Lawenda jest moją bardzo serdeczną przyjaciółką; nie mówiłaby każdemu o takich świętościach. Jesteśmy pokrewne dusze.
— Wierzę, że jesteście... Poproszę panią o przysługę. Chciałbym odwiedzić pannę Lawendę; może pani zechce ją zapytać, czy zgodzi się na to?