Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Wymarzona twarz bohatera powieści — myślała Ania z dreszczem wewnętrznego zadowolenia.
Jakże rozczarowaną czułaby się, gdyby oczekiwany bohater był łysy lub zgarbiony.
— Więc to jest „ubóstwiana nauczycielka“ mego syna, o której tyle słyszałem — rzekł pan Irving, ściskając serdecznie jej rękę. — Listy Jasia zawierały zawsze tyle opowiadań o pani, że wydaje mi się, iż nasza znajomość trwa już oddawna. Serdecznie jestem pani wdzięczny za wszystko, co pani uczyniła dla Jasia — wpływ jej był właśnie takim, jakiego pragnąłem dla mego dziecka. Matka moja to najdroższa i najlepsza z kobiet, lecz jej praktyczny zdrowy rozsądek nie zawsze był w stanie zrozumieć mego chłopca. Pani uzupełniła to, czego jej brakowało. Dzięki wam obu w ciągu tych dwóch lat wychowanie Jasia było idealnem w tym stopniu, w jakim być niem może wychowanie osieroconego dziecka.
Pod wpływem tej pochlebnej oceny Ania spłonęła rumieńcem, a zmęczony pracą i przeciwnościami losu ojciec Jasia, patrząc na nią, musiał się zgodzić ze swym zapalonym synem, że nigdy nie widział bardziej czarującego dziewczęcia, jak ta młodziutka rudowłosa nauczycielka o wielkich rozmarzonych oczach.
Jaś, bezgranicznie szczęśliwy, usadowił się między nimi.
— Nie marzyłem nawet o tem, że ojciec przyjedzie — opowiadał rozpromieniony. — Nawet babunia o tem nie wiedziała. Była to wielka niespodzianka. Wogóle — Jaś potrząsnął kędziorami, — nie lubię niespodzianek, bo nie mam czasu cieszyć się na przyjemność. Ale tym razem dobrze się stało. Ojciec przyjechał wczoraj wieczorem, kiedy już byłem w łóżku. Skoro się nacieszył babcią, przyszedł na górę, aby mnie zobaczyć, ale nie miał zamiaru mnie budzić. Na szczęście ja się sam zbudziłem i skoczyłem ku ojcu.