Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tym bredniom. Podobno on sam w nie nie wierzy, ale w takim razie poco je opowiada?
— Ania twierdzi, że Jaś jest genjalny — broniła Jasia pani Slone.
— Być może. Wszystkiego można się spodziewać po dziecku Amerykanki — rzekła pani Andrews. Jej ograniczony umysł pojmował wyraz „genjalny“ jako „zwarjowany“, i z pewnością byłaby się zgodziła z Marją, że Jasiowi brak piątej klepki.
W tym samym czasie w opustoszałej sali szkolnej siedziała Ania, z głową opartą na rękach, wilgotnemi zamyślonemi oczami spoglądając przez okno ku Jezioru Lśniących Wód. Zupełnie tak samo, jak dwa lata temu pierwszego dnia po objęciu kierownictwa szkoły. Rozstanie z uczniami sprawiało jej taki ból, że na chwilę uniwersytet stracił cały swój powab. Ciągle jeszcze czuła na szyi gorący uścisk Aneczki Bell i słyszała jej dziecinne łkanie.
— Nigdy nie będę kochała żadnej nauczycielki tak jak pani. Nigdy, nigdy!
Przez dwa lata pracowała poważnie i sumiennie, popełniając wiele omyłek, lecz ucząc się dzięki nim. Otrzymała swą nagrodę — nauczyła swych uczniów niejednego, ale czuła, że oni nauczyli ją jeszcze więcej: łagodności, panowania nad sobą, znajomości dusz dziecięcych. Być może, iż nie udało jej się wpoić wysokich ambicyj w serca swych wychowańców. Ale przykład jej, więcej jeszcze niż czynione uwagi, wskazywał im, jak postępować łagodnie i subtelnie, kierować się prawdą i dobrocią, unikając wszystkiego, co tchnęło fałszem i pospolitością. Zasady te bez wiedzy uczniów przeniknęły ich dusze i pozostały jeszcze długo potem, gdy nazwa stolicy Afganistanu i daty Wojny Białej i Czerwonej Róży ulotniły się z pamięci.