Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wiadomość o tych dwóch postanowieniach odrazu usunęła na drugi plan ostatni temat plotek: przybycie pani Harrison. Rozważni kiwali ze zdumieniem głowami nad szybkiem postanowieniem Maryli. Ogólnie twierdzono, że nie będzie zgody na Zielonem Wzgórzu: przyjaciółki różniły się od siebie zbytnio zarówno charakterem, jak przyzwyczajeniami; obiegało wiele smutnych przepowiedni, które jednak nie mąciły spokoju stron zainteresowanych. Te ostatnie porozumiały się co do swych przyszłych praw i obowiązków i miały szczery zamiar trwać przy nich.
— Nie będziemy się wtrącały jedna do drugiej — orzekła stanowczo pani Linde. — Co się tyczy bliźniąt, chętnie zajmę się niemi w miarę możności. Nie podejmuję się tylko odpowiadać na zapytania Tadzia, oto co! Nie jestem encyklopedją, ani adwokatem. Pod tym względem bardzo nam będzie brakowało Ani.
— Często odpowiedzi Ani były równie dziwaczne, jak pytania Tadzia — rzekła Maryla sucho. — Niewątpliwie bliźnięta bardzo odczują jej nieobecność. Lecz nie wolno zaspokajać pragnienia wiedzy Tadzia kosztem przyszłości Ani. Ilekroć na zapytanie jego nie umiem odpowiedzieć, mówię mu, że na dzieci lubię patrzeć, ale nie słyszeć je. Ja otrzymałam takie wychowanie, z pewnością nie gorsze od nowoczesnych warjackich pomysłów.
— Jednak Ani metoda dała świetne wyniki w wypadku Tadzia — uśmiechnęła się pani Linde. — Jego charakter ogromnie się poprawił, oto co!
— Niezły z niego malec — przyznała Maryla. — Nigdy nie przypuszczałam, że polubię tak te dzieci. Tadzio poprostu chwyta cię za serce, a Tola też słodka dziewczynka, chociaż... chociaż...
— Trochę nudna? Właśnie — podpowiedziała pani Małgorzata. — Jak książka, której jedna strona podobna jest do