Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Byłaś mi dobrą żoną, Małgorzato, — dziękował jej, gdy siedząc przy nim o zmroku, trzymała w swej spracowanej dłoni jego wychudłą, bezkrwistą rękę. — Bardzo dobrą żoną. Martwi mnie, żem cię lepiej nie zabezpieczył. Ale dzieci będą pamiętały o tobie. Przecież są dzielne, zdolne... zupełnie jak matka. Dobra kobieta... dobra żona.
Z temi słowy zasnął. A następnego poranku, kiedy białe mgły spełzały ze świerków w dolinie, Maryla weszła cicho do pokoiku na facjatce i zbudziła Anię.
— Tomasz Linde umarł... pastuszek ich przyniósł mi tę wiadomość. Idę natychmiast do Małgorzaty.
Nazajutrz po pogrzebie Tomasza Maryla krzątała się po domu z niezwykle zafrasowaną miną. Od czasu do czasu spoglądała na Anię, jakby chciała coś powiedzieć, lecz tylko potrząsała głową i milczała dalej. Po podwieczorku odwiedziła panią Małgorzatę, a wróciwszy, udała się wprost na facjatkę, gdzie Ania zajęta była poprawianiem kajetów.
— Jakże się miewa pani Linde? — zapytała ta ostatnia.
Jest spokojniejsza i bardziej zrównoważona — odpowiedziała Maryla, siadając na łóżku, co było dowodem niezwykłego stanu duszy, gdyż wedle gospodarskiego kodeksu Maryli, siadanie na zasłanem łóżku było grzechem nie do wybaczenia. — Ale samotność jej cięży. Eliza musiała dziś pojechać do domu, bo syn jej zachorował.
— Gdy tylko skończę poprawiać ćwiczenia, pobiegnę do pani Linde na chwilę pogawędki — rzekła Ania. — Chciałam coprawda wziąć się dziś do łaciny, ale to może poczekać.
— Zdaje się, że Gilbert jedzie tej jesieni na uniwersytet — zdobyła się wreszcie na odwagę Maryla — czy ty nie chciałabyś się udać na studja?
Ania spojrzała zdumiona.
— Zapewne, chciałabym, ale to niemożliwe.