Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Od tej chwili nie wspominałam ci nic, mimo że pragnęłam go poznać. Opowiedz mi o nim.
— Jest to najsłodsze, najmilsze dziecko, jakie kiedykolwiek znałam... I ma taką bujną wyobraźnię jak pani i ja...
— Chciałabym go zobaczyć — szepnęła panna Lawenda, jakby do siebie. — Ciekawam, czy przypomina mego wymarzonego malca, moje małe wymarzone chłopię.
— Skoro pani pragnie poznać Jasia, przyprowadzę go którego dnia — zaproponowała Ania.
— Pragnęłabym... ale jeszcze nie teraz. Muszę przywyknąć do tej myśli. Może to spotkanie sprawi mi więcej bólu, niż radości, jeżeli będzie zbyt podobny do Stefana, lub jeżeli zbyt mało... Czy zechcesz go przyprowadzić za parę tygodni?
W miesiąc potem, stosownie do umowy, Ania z Jasiem wędrowali lasami do Chatki Ech. Na drodze spotkali pannę Lawendę, która, spostrzegłszy ich niespodzianie, zbladła silnie.
— Więc to jest syn Stefana! — rzekła cicho, ujmując Jasia za rączkę i przypatrując się ślicznej chłopięcej postaci, otulonej w zręczne futerko. — On... jest bardzo podobny do ojca.
— Wszyscy mówią, że jestem nieodrodnym synem ojca — zauważył Jaś, wcale nie onieśmielony.
Ania, bacznie obserwująca tę scenę, odetchnęła z ulgą. Zauważyła odrazu, że panna Lawenda i Jaś „przylgnęli do siebie“, iż nie było między nimi cienia przymusu lub sztywności. Panna Lawenda, mimo marzycielstwa, była bardzo zrównoważoną i opanowawszy szybko chwilowe zmieszanie, zajęła się Jasiem tak swobodnie i wesoło, jakgdyby to był syn zupełnie obojętnego jej człowieka.
Popołudnie minęło jak rozkoszny sen, a podwieczorek był tak suty, że babcia Irving załamałaby ręce ze zgrozą na myśl o zagrożonym żołądku swego pieszczocha.
— Odwiedź mnie znowu kiedy, kochanie — prosiła panna Lawenda, żegnając Jasia.