Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Czy pani ma ochotę mnie pocałować? — zapytał Jaś.
Panna Lawenda uścisnęła go serdecznie.
— Skąd wiedziałeś, że pragnę tego? — szepnęła.
— Bo pani patrzała na mnie tak, jak moja matuchna, gdy mnie pieściła. Wogóle nie lubię, żeby mnie całowano. Chłopcy tego nie lubią. Ale pani to co innego. I, rozumie się, odwiedzę panią niedługo. Chciałbym bardzo zaprzyjaźnić się z panią — czy pani się o to nie gniewa?
— Cóż znowu! Bardzo... bardzo się tem cieszę — odpowiedziała panna Lawenda, odwróciła się i weszła do pokoju, ale już po chwili posyłała swym gościom przez okno wesołe, uśmiechnięte „dowidzenia“.
— Panna Lawenda podoba mi się niezmiernie — oświadczył Jaś w drodze powrotnej. — Jak mile na mnie patrzy! Podoba mi się także jej domek i Karolina Czwarta. Cieszyłbym się, gdyby u babci zamiast Marji była Karolina Czwarta; ona, słuchając moich opowiadań, z pewnością nie powiedziałaby, że mi brak piątej klepki. A jaki to był pyszny podwieczorek, prawda? Babcia powiada, że chłopcy nie powinni zwracać uwagi na to, co dostają do jedzenia, ale jeżeli jest się głodnym? Gdyby panna Lawenda wiedziała, że ktoś niecierpi kaszki, na pewno nie dawałaby mu jej na śniadanie — dawałaby mu tylko to, co lubi. Ale — Jaś zmuszał się do wyrozumiałości — może to nie poszłoby mu na zdrowie. W każdym razie taka zmiana jest bardzo przyjemna, pani to rozumie, prawda?


ROZDZIAŁ XXIV
Prorok we własnym kraju

Pewnego majowego dnia mieszkańcy Avonlea zaskoczeni zostali wiadomościami, wyczytanemi w piśmie codziennem