Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wiała się Diana, wchodząc do ogrodu — podobno wielka dziwaczka.
— W takim razie będzie zajmująca — zaopinjowala Ania. — Czy nie mówiłam, że trafimy na zaczarowany pałac? Wiedziałam, iż elfy nie napróżno rozrzuciły czary na tej drodze.
— Ale panna Lewis to bynajmniej nie zaczarowana księżniczka — roześmiała się Diana. — To stara panna, podobno ma lat czterdzieści pięć i jest zupełnie siwa.
— To właśnie część czarów — zapewniła Ania tajemniczo. — Duszę przecież ma młodą, a gdybyśmy tylko umiały zdjąć czary, ukazałaby się młoda i promieniejąca. My jednak nie wiemy, jak to uczynić — królewicz to tylko potrafi, a królewicz panny Lawendy jeszcze się nie zjawił. Kto wie, czy nie zaskoczyło go jakie nieszczęście — chociaż to się sprzeciwia zasadom czarodziejskich bajek.
— Przypuszczam, że zjawił się tu już dawno, ale odszedł — rzekła Diana. — Mówią, że była zaręczona ze Stefanem Irvingem, ojcem Jasia, lecz posprzeczali się i rozeszli na zawsze.
— Cicho! — ostrzegała Ania — drzwi są otwarte.
Dziewczęta zatrzymały się w przedsionku pod zwojami bluszczu i zapukały do otwartych drzwi. Rozległ się odgłos kroków i jakaś dziwna, mała osóbka zjawiła się na progu. Była to dziewczynka lat około czternastu, piegowata, z zadartym nosem i ustami od ucha do ucha. Dwa długie warkocze związane były ogromnemi niebieskiemi kokardami.
— Czy panna Lewis jest w domu? — zapytała Diana.
— Tak, p-sze pani. Proszę do pokoju, p-sze pani. Tędy, p-sze pani. Powiem pannie Lawendzie, że panie przyszły, p-sze pani. Lecę na górę, p-sze pani.
Z temi słowy mała pokojóweczka zniknęła. Dziewczęta zdumionym wzrokiem rozglądały się wokoło — wnętrze tego