Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Pogrążona w „upajaniu się boskiem winem“, Ania nie zauważyła wcale, że na rozstaju skręciła na lewo. Powinna była pójść na prawo, lecz później do końca życia uważała to za swą najszczęśliwszą pomyłkę. Doszły wreszcie do samotnej, zarośniętej trawą drogi, wzdłuż której, jak okiem sięgnąć, ciągnął się zagajnik świerkowy.
— Na miłość Boską, gdzie jesteśmy — zawołała Diana przerażona. — Przecież to nie gościniec do Graftonu!
— Rzeczywiście — rzekła Ania trochę zawstydzona. — Musiałam obrać złą drogę na rozstaju. Nie wiem dokładnie, gdzie jesteśmy, ale od Kimballów dzielą nas co najmniej jeszcze trzy mile.
— Więc nie zdążymy już na piątą, bo jest wpół do piątej — oświadczyła Diana, rzucając rozpaczliwe spojrzenie na zegarek. — Spóźnimy się na podwieczorek i sprawimy im tylko kłopot.
— To może wrócimy do domu — proponowała Ania nieśmiało.
Ale Diana po krótkim namyśle odrzuciła ten projekt.
— Ech, chodźmy, skoro uszłyśmy taki kawał drogi, spędzimy u nich przynajmniej wieczór.
Po chwili dziewczęta znowu doszły do jakiegoś rozstaju.
— Którą drogę obieramy? — spytała Diana niepewnie.
Ania wzruszyła ramionami.
— Nie wiem. Nie narażajmy się na nowe pomyłki. Oto furtka i dróżka prowadząca wprost do lasu. Musi tam być jakiś dom: wstąpimy i zapytamy o drogę.
— Cóż to za romantyczna aleja! — zauważyła Diana.
Gałęzie odwiecznych świerków tworzyły sklepienie, w którego ponurym zmroku mogły rosnąć mchy jedynie. Z obu stron drogi — nic, prócz bronzowych pni świerków, między któremi gdzie niegdzie przedzierał się złoty promień słońca.