Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Ania nie spuszczała z Douglasa oka i w świetle promieni księżyca ujrzała znowu ten męczeński wyraz człowieka, skazanego na tortury. Bez słowa odwrócił się na pięcie i wyszedł na drogę.
— Stać! Stać! — zawołała Ania dziko, nie zdając sobie w tej chwili sprawy, że wszyscy patrzą na nią ze zdziwieniem. — Mr. Douglas, proszę się zatrzymać! Niech pan wraca.
Jan Douglas przystanął, lecz nie wrócił. Ania podbiegła ku niemu, ujęła go pod ramię i przyciągnęła z powrotem do zarumienionej Janiny.
— Pan musi wrócić, — zawołała błagalnie. — To jest omyłka, Mr. Douglas. To wszystko moja wina. Ja Janinę do tego skłoniłam. Ona nie chciała, ale teraz jest już wszystko w porządku, prawda, Janino?
Janina bez słowa ujęła go pod ramię i poczęła iść szeroką ścieżką. Ania idąc tuż za niemi, wsunęła się do wnętrza domu bocznem wejściem.
— Sprytna z pani osóbka, niema co mówić, — zawołała Janina z przekąsem.
— Nie mogłam inaczej uczynić, Janino, — odparła Ania ze skruchą. — Czułam się tak, jakby przy mnie nieludzko kogoś mordowano. Musiałam za nim pobiec.
— Bardzo dobrze pani zrobiła, bo i ja, widząc Jana odchodzącego, miałam wrażenie, że zabrał z sobą wszystkie dotychczasowe radości mego życia. Ach, jakież to było straszne uczucie!
— Nie pytał, dlaczego pani tak postąpiła? — zagadnęła Ania.