Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

— Robert Gardner, — zawołała. — Nie miałam pojęcia, że znasz Roberta Gardnera.
— Dzisiaj poznałam go podczas deszczu w parku, — pośpieszyła Ania z wyjaśnieniem. — Parasolka moja wywróciła się nagle i on, przechodząc ulicą, zaofiarował mi swój parasol.
— No, — Iza spojrzała na Anię podejrzliwie. — Wątpię, czy dla takiego prozaicznego przypadku przysyła ci teraz te piękne róże z piękniejszym jeszcze wierszem. Nie rumień się, Aniu, bo ten rumieniec cię zdradza.
— Nie pleć głupstw, Izo. A czy znasz pana Gardnera?
— O nim tylko słyszałam, ale znam jego siostry. Zresztą wszyscy w Kingsporcie znają go ze słyszenia. Gardnerowie należą do jednej z najbogatszych rodzin sinonosów, a Robert jest bardzo piękny i mądry. Przed dwoma laty matka jego ciężko zachorowała, a on z nią musiał wyjechać. Teraz powrócił i będzie zapewne dalej studjował. Wiesz, Aniu, czuję w powietrzu woń przyszłego romansu. Jestem nawet trochę zazdrosna, ale tylko trochę, bo przecież Robert Gardner, to zawsze nie Jerzy.
— Niemądra jesteś, — zawołała Ania dumnie.
Ale, gdy wreszcie znalazła się w łóżku, długo leżała wśród ciemności z otwartemi oczami. Chwilami przychodziło jej na myśl, że na drodze jej życia pojawił się wreszcie prawdziwy książę z bajki. Wspominając cudowne, duże oczy Roberta, utwierdzała się w mniemaniu, że to on właśnie był prawdziwym księciem.