Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

jak dorośniesz, sam stwierdzisz, że Biblja jest cudowną książką.
— Pewnie, że niektóre miejsca są bardzo ładne. Chociażby to opowiadanie o Józefie. Wiesz, Aniu, że gdybym ja był Józefem, napewno nie przebaczyłbym braciom. O nie, moi państwo! Wszystkim bym poucinał głowy. Pani Linde i za to się na mnie gniewała, zamknęła Biblję i powiedziała, że za karę nigdy mi już jej czytać nie będzie. Od tego czasu jak pani Linde czyta w niedzielę Biblję, siedzę cichutko i tylko myślę sobie o rozmaitych rzeczach, a potem w poniedziałek opowiadam w szkole Emilkowi Boulterowi.
— Mój Boże! — westchnęła Ania, bo wicher właśnie uderzył w szyby okienne nową lawiną śniegu. — Czyż ta zawieja nigdy nie ustanie?
— Bóg raczy wiedzieć, — odparł Tadzio z powagą, zabierając się znowu do czytania.
Tym razem Ania naprawdę się oburzyła.
— Tadziu! — zawołała surowo.
— Pani Linde zawsze tak mówi, — zawołał chłopiec. — Gdy Maryla w zeszłym tygodniu zapytała, czy Ludwik Speed i Teodora Dix zostaną mężem i żoną, pani Linde odpowiedziała: Bóg raczy wiedzieć! I ja teraz to samo powtórzyłem.
— Bardzo źle, że tak powiedziała, — rzekła Ania. — Imienia boskiego nie powinno się wymieniać przy jakiejś błahostce. Ty Tadziu, nigdy tego nie rób.
— A jak je będę mówił wolno i uroczyście, jak pastor? — zapytał Tadzio lękliwie.
— Nawet tak nie wolno ci go wymieniać.