Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

wiały Ani takiej przyjemności, a raczej rodziły w jej duszy jakiś lęk. Obawiała się nawet patrzeć teraz Gilbertowi w oczy, bo dostrzegała w nich nieznany jakiś wyraz, który ją coraz bardziej mieszał. Pozatem, nie wiadomo dlaczego, rumieniła się ostatnio pod wpływem jego spojrzenia, zupełnie jakby, jakby... spojrzenie jego odbierało jej równowagę. W Ustroniu Patty Ania nie była chociaż nigdy z Gilbertem sama i tem łatwiej było zapanować nad przykrą sytuacją, gdy tymczasem na Zielonem Wzgórzu Maryla starała się im nigdy nie przeszkadzać, a nawet zabierała zazwyczaj z sobą bliźnięta. Ania domyślała się, dlaczego Maryla podczas wizyt Gilberta zawsze wychodziła z pokoju i to ją gniewało jeszcze więcej.
Tylko Tadzio czuł się zupełnie szczęśliwy i co rano wybierał się z łopatą na drogę, aby odgarniać śnieg. W wolnych chwilach opychał się przysmakami, przygotowanemi na Boże Narodzenie i czytywał książki o jakimś wielkim bohaterze, który nie lękał się niczego i z każdej opresji wychodził cało.
— Mówię ci, Aniu, jaka to bajeczna powieść! — wołał z zapałem. — Lepsza nawet, niż Biblja.
— Naprawdę? — uśmiechnęła się Ania.
Tadzio spojrzał na nią ze zdziwieniem.
— Jakto, Aniu, ty się wcale nie oburzasz? Bo pani Linde gniewała się bardzo, jak jej to powiedziałem.
— Mnie to wcale nie dziwi, Tadziu. Zupełnie zrozumiałe, że dziewięcioletni chłopiec woli czytać zajmujące historje, niż Biblję. Jestem pewna, że