Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/098

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i tacy są samotni aż do śmierci...
Poto się trudzi malarzy paleta,
iżbyś naturę, stworzoną śmiertelnie,
otrzymał znowu od nich nieśmiertelnie:
wszystko staje się wiecznem. Patrz, kobieta
dawno w Giocondzie dojrzała jak wino:
już niczem nowem żadne nie zasłyną.
Ci, którzy tworzą, są jak Ty.
Wieczności chcą. Wołają: głazie, stój,
bądź wieczny! To znaczy: bądź Twój!

Ci, co miłują, też Ci znoszą czyny:
to są poeci króciutkiej godziny,
oni to uśmiech ustom wcałowują,
dając im wyraz, co kształt piękny budzi,
i niosą radość i wraz wychowują
do bólu, który wydorośla ludzi.
W tym swoim śmiechu przynoszą cierpienie,
tęsknoty które śpią, to roztęsknienie,
co budzi się zapłakać w piersi obcej.
Oni konają, zagadki gromadząc,
jak mrą zwierzęta, co nie rozumieją, —
lecz może wnuki mieć będą, niewcześnie,
w których ich życia zielone dojrzeją:
oni w dziedzictwie tę miłość Ci dadzą,