Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/069

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tam wszedłem jako pielgrzym raz
i czułem w bólu tak
Ciebie na czole mem — jak głaz.
I świec siedmiorgiem otoczyłem
Twój mroczny byt wśród złotych mas;
w każdym obrazie Twój wykryłem
ciemny rodzimy znak.

Tam, gdzie żebracy są, jam stał,
postaci Twe najcichsze,
a z tego, jak ich łachman wiał,
pojąłem Ciebie, Wichrze.
I był tam starzec w ciżbie lat,
objawion mi bez słowa,
a z jego ciemniejących szmat,
gdy w kręgu równych sobie siadł,
nagle w nich wszystkich i w nim znowa
jam słodko Ciebie zgadł.

Nigdy nie spoczniesz u ogniska,
a puszczasz luzem czas dowoli:
rolnik Twój sens znajduje w roli,
podnosi go i w ziemię ciska
i wznosi znów powoli.