Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rzadko słońce wpada w cerkwi chłód.
W mury wyrasta mnogi lud;
przez dziewic, starców tłum uparcie
jak wielkich skrzydeł rozpostarcie
pcha się złocistość carskich wrót.

Na skraju kolumn nagi mur
zakryły nagle pstre ikony;
a w tem milczeniu wysrebrzony
mur głazów rośnie niby chór —
i znów opada na korony
i milczy piękniej niźli wprzód.

Nad nim, błękitny nocy cud,
z bladością lica, wkrąg
unosi się Twa radość: Panna,
Służebna, Twoja Rosa Ranna,
co Cię okwita nieustanna
niby kwiecistość łąk.

Kopuła pełna Syna Twego
i wieńczy krągło gmach.

Czy raczysz zejść do tronu tego?
Widzę go w deszczu skrach.