Strona:Księga godzin (Rilke).djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Powracam z moich skrzydlatych dróg,
skrzydła zgubiły mnie w ruchu.
Ja byłem pieśnią, a rym Bóg
jeszcze szumi w mem uchu.

Staję się znowu skromny, cichy,
zatrzymał się mój głos;
chyli się moja twarz bez pychy
na lepszych modlitw los.
Dla innych byłem jak wiatry-chochoły,
kiedym ich trząsł i zwał.
Szeroki-m był, gdzie są anioły,
górny, gdzie świata igra szał, —
Bóg na dnie ciemni trwał.

Anioły — to ostatni wiew
na skraju Jego szczytu;
to, że wprost idą z Jego drzew,
czują jak sen przedświtu.
Światło w nich większą wiarę budzi,
niż Boga czerń, co wzbiera;
nie czują, jak ich skrycie łudzi
sąsiedztwo Lucyfera.

Ów księciem jest nad światła zniczem