Strona:Krystyna Miłobędzka - Dom, pokarmy.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


TAKA MAM BYĆ NA SKRAJU — JUŻ JUŻ A SPADNĘ ALBO POFRUNĘ

Czy wierzę w Boga? Osłaniam go tylko, ale nie wierzę. I bardzo dobrze, nareszcie mogę się opiekować czymś wielkim. Skąd nie zacznę, złączy mi się rozsypie złączy, ta sztuczka rozpisana na głosy, twarze ręce, całe ciała, hymny, całe zdania. O, tu tu masz zrozumiałe oczywiste, jasne. Zobacz moje ogromne ręce, dziś posieją, śpiewaj, jutro zgniotą; nie rozczulaj się. Mocny dzień ci dałem przez znajome słowa, przez wysokość papieru.

Tylko że prędko się starzeję, nawet w snach mosty zbutwiały, dziś o mało z takiego nie spadłam. Drzewa coraz śmielej żywią się mną. Lubię rośliny i drzewa, całe życie chciałam im to dać do zrozumienia i dopiero teraz bez rozczulenia mogłabym powiedzieć. I w to, w to mój syn wdaje się ze swoim cholernym łukiem i warczącymi autkami! Sama mu łuk kupiłam.

Uspokój się usiądź, przecież kochasz wygodne miejsca. Nie umiesz odróżnić co zatrzymanie, co rozpęd.