Strona:Krystyna Miłobędzka - Dom, pokarmy.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.




Moje słowa, moje słowo ze wszystkim. Nie wstydź się, mów jak leci, jak chce wyjść i nie cofa się za duże. Będzie bolało? Nie szkodzi, uściśnięta ręka też boli. Za ładne? To co innego, lepiej nie mów, poczęstuj czekoladką.

Przedrukowane na wylot! Przeźroczyste to ja, moje usta bez krwi. Co mi się naprawdę udało? Dziecko sen i ból ten bardzo. Ale nie bardziej niż innym. Tu dotknij, między otwartymi ramionami. Nic? Tak się cichutko wysunęli, bliscy. Zaraz wrócą. O tak, tu się dziejemy; tu dzieję się i ach, odbiegam.

Spróbuj zbudować dom ze słów. I lampy zapal, z ojcem z matką, kto przyszedł, którędy, pamiętaj o kolacji, najesz się. I z ćmą i z psem, któremu przydepnęłaś łapę. Z ogromnym miejscem na ich zdumione „jesteś”.