Strona:Królewicz - żebrak wg Twaina.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lord John wyszedł niezwłocznie, powracając niezadługo. Zaciekawienie u obecnych doszło do najwyższych granic.
Wszedłszy na podwyższenie i podszedłszy do Toma, rzekł z naciskiem:
— Wasza Królewska Mość, tam niema pieczęci królewskiej.
Szmer niezadowolenia przebiegł po obecnych.
— Więc wygnać tego żebraka kłamcę! — zawołał lord Hartford oburzony.
Gdy straż królewska rzuciła się ku Edwardowi, Tom krzyknął groźnie:
— Pójść precz! Kto dotknie się go choć palcem, swą głową za to odpowie!
Następnie Tom, zapytał lorda Johna.
— Czyś dobrze szukał?
— Ależ, rozumie się, że dobrze, odpowiedział lord, — wszakże to nie szpilka, ale wielki krąg złota!
Oczy Toma dziwnie zabłysły.
— Wiem, wiem, zawołał. — Taka okrągła i gruba z wyciętemi literami. To, to, to ma być pieczęć państwowa. Czemużeście nie powiedzieli mi wcześniej, jak ona wygląda, już byście dawno ją mieli. Ja wiem, wiem, gdzie jest, nie ja jednak pierwszy położyłem.
— A zatem któż panie? — zapytał lord Hartford.
— On, — odrzekł Tom — prawdziwy król Anglii. Spytajcie go, a powie gdzie pieczęć, a wtedy uwierzysz, że jest prawdziwym królem. Czy przypominasz panie, — mówił do Edwarda — coś zrobił w ten dzień, gdyś przybrał się w moje łachmanki, jak żywo pobiegłeś skarcić żołnierza, za niesprawiedliwe obejście się ze mną?