Strona:Królewicz - żebrak wg Twaina.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszyscy milczeli, badawczo patrząc na chłopczynę, który przez minut kilka stał w głębokiem zamyśleniu.
— Nie, nic o pieczęci sobie przypomnieć nie mogę.
— Nie smuć się królu mój i panie, — zawołał król. — Niema dotąd jeszcze nic straconego. Chciej tylko panie słuchać uważniej. Czy przypominasz sobie naszą rozmowę w gabinecie, kiedym ci opowiadał o mych siostrach, babce i zabawach z towarzyszami?
Edward na wszystko przytakiwał głową. Szczegóły te znał doskonale.
Milordowie stali zdziwieni słuchając z natężoną uwagą.
— Potem zamieniliśmy nasze ubrania wszak przypominasz sobie, — ciągnął Tom dalej. — Stanąwszy następnie przed lustrem ździwiliśmy się nie mało, jak dalece do siebie byliśmy podobni. W tem dojrzałeś królu skrwawioną mą rękę. Wtedy w jednej chwili pobiegłeś ku drzwiom, chcąc skarcić żołnierza, który skaleczył mi rękę, a w tym celu pochwyciłeś ten przedmiot, który zowią pieczęcią królewską.
— Przypominam sobie dopiero teraz, — zawołał Edward wesoło — znajdziesz tę pieczęć w rękawicy rycerskiej zbroi, która wisi na ścianie.
Tom wykrzyknął radośnie.
— Teraz już nikt nie będzie śmiał zaprzeczyć, że jest prawym królem Anglii. Prędzej spiesz milordzie Johnie!
Powstał nagle szmer wielki, po którym zapanowała cisza głęboka.