Strona:Królewicz - żebrak wg Twaina.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wi wdziewać koronę na głowę, królem bowiem jest nie on, a ja, rozumiecie?!
Gniew szalony ogarnął wszystkich zebranych. Tysiące rąk wyciągnęło się ku chłopczynie, chcąc go pochwycić, co ujrzawszy Tom Canty, rzucając się w królewskim płaszczu na pomoc Edwardowi, zawołał:
— Rozkazuję żeby go zostawić w spokoju. Powiedział prawdę. Jest królem.
Zdumienie ogarnęło wszystkich, nie pojmujących, czy to co się dzieje, jest we śnie, czy też na jawie!
Co widząc, lord Hartford zawołał rozkazująco:
— Nie słuchać rozkazów! Król ponownie zachorował. Chwytać włóczęgę co prędzej!
Kiedy tłum rzucił się, chcąc pochwycić Edwarda, Tom tupnąwszy nogą, krzyknął groźnie:
— Rozumiecie! Zabraniam dotknąć się go! Nieposłuszny śmiercią ukarany zostanie! On jest prawdziwym panem naszym i królem!
Przygnębienie ogólne zapanowało na te słowa. Ręce bezwiednie wszystkim opadły. Nikt już teraz nie wiedział, co ma czynić, co mówić.
Gdy chłopczyna w łachmanach zbliżał się do tronu, Tom z radością pobiegł ku niemu, a padając na kolana, zawołał:
— Monarcho! Biedny Tom Canty doczekał nareszcie chwili, aby cię oglądać w pełni królewskiego majestatu. Bogu niech będą dzięki za to, żeś powrócił póki czas jeszcze.
Wymieniwszy znaczące pomiędzy sobą spojrzenia, każdy z milordów miał myśl tylko jedną w tej chwili: „Jak oboje są dziwnie podobni do siebie!“