Strona:Królewicz - żebrak wg Twaina.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak prędko? — zapytał Mayles, — czyby go nie można dopędzić.
— Nie wiem nic więcej — mówił starzec z uporem — niedługo powróci.
— Ha! kiedy tak! będę czekał! zawołał Mayles.
Przez cały ten czas biedny król nie przestawał jęczyć pod skórą baranią! Mayles go jednak nie słyszał, od czasu do czasu dźwięk jakiś dziwny wpadał Maylesowi w ucho. Nie wiedząc co to być może oglądał się w około, wsłuchiwał, usiłując dociec, co to być może. Wreszcie nie mogąc dłużej wytrzymać, zapytał:
— Co to za jęki? Zkąd one pochodzą?
— Jakie jęki, co za jęki, zapytał starzec zmięszany. Niesłyszę nic... nic zupełnie.
— To dziwne! rzekł Mayles, bo ja ciągle słyszę. O! i teraz w tej chwili. Nie, drogi panie pustelniku, to nie wiatr, musimy obszukać co to być może takiego.
Król postanowił jęknąć głośniej. Niestety, szczęki miał związane, a po przez gęstą skórę owczą jęk wydobywał się bardzo niewyraźnie. Starzec starał się uspakajać Maylesa, mówiąc:
— Wiesz co? pójdźmy do lasu, tam najprędzej chłopca spotkamy!
Usłyszawszy to Edward przeląkł się bardzo. Słyszał jak wychodzili, jak rozmawiali z sobą, jak wreszcie kroki ucichły zupełnie.
— Oszukano biednego mego towarzysza! — myślał chłopczyna, pozostawszy sam jeden w ponurych rozmyślaniach, — starzec okrutny powróci i będzie koniec!
Brakło mu tchu. Ostatniemi wysiłkami udało mu się zrzucić z siebie ciężką skórę baranią. Rozejrzał się. Cisza panowała dokoła. Nagle drzwi skrzypnęły, otwarły! Chłopczyna skamieniał z prze-